Warschau
RSS
środa, 02 kwietnia 2008
przeprowadzka

na http://o-z-o.blogspot.com

środa, 03 stycznia 2007
Guten Rutsch!
a po breslau był deszczowy berlin i stylowe party na poddaszu kamienicy.

następnego dnia szary dzień, a właściwie samo popołudnie, które ożywił jednak brunch u Gagarina. z rosyjskich przysmaków najmilej wspominam rukolę i pieczone bakłażany, ale podobno bliny też były niezłe.



zziębnięci dopadliśmy też lekko przeterminowany świąteczny jarmark



poproszę trzy kiełbaski



w martin-gropius-bau (co za nazwa!!) była świetna wystawa rebeki horn, na której nie można było robić zdjęć:-)




czwartek, 28 grudnia 2006
jak co roku
umówiliśmy się z okazji świąt. tym razem było wyjątkowo hucznie i wesoło, przez co wigilia - przynajmniej dla mnie - nie należała do najlżejszych.



ploteczki leciały jak zawsze



gwiazdą była dorota, którą na codzień najłatwiej spotkać w nepalu...



jusia przyjechała z daleka, podobnie jak pietrucha



...której ukochany jest powodem do dumy juśki



ale nasza klasowa łamaczka serc nie przegapiła żadnej okazji, by zrobić sobie zdjęcie z przystojnym mężczyzną.



w końcu trafiło na męża:





zostawmy jusię w spokoju, bo nigdy nie będę mogła się zbliżyć do granic francji.



z nowinek - nowa (?) dziewczyna muzziego i nowa (?) pasja wojtka







wiśka-elegantka:-)



we wrocławiu karmią lepiej niż w budapeszcie?



grześ wreszcie uśmiechnięty



to wbrew pozorom nie sprzeczka, a taneczne zaloty



co dokładnie widać na drugim planie.



kaśka próbuje zapanować nad sytuacją





..gdy muzzy flirtuje



zmian nie odnotowano, prawda?



suseł dziwnie poważny



chyba że ma w ramionach juśkę



eh, ten grześ



grzeczne panienki



chłopcy czarują nie swoje panny



apogeum głupawy:-)

wtorek, 19 września 2006
naszli nas komarcy u Baru
nasz serbski jest coraz lepszy. nie ma zreszta innego wyjscia, bo rzadko kto mowi po angielsku. jestesmy z powrotem w kotorze, po parodniowej wycieczce na wybrzeze adriatyku i "w interior", gdzie byly te komarce.





w andrzeju budzi sie zylka podroznicza.



to zdjecie dobrze oddaje nature montenegro - domy sie rozpadaja, ale versace musi byc. chociaz najlepiej dolce&gabbana - to zdecydowanie ich ulubiona marka. prezentuja sie zreszta nienajgorzej - wiekszosc ludzi jest niesamowicie wysoka, a grubasow nie ma prawie wcale.



to fotka z perastu. cudne miejsce, zupelnie uspione, prawie puste...



dla kontrastu- kosmici z baru.
i bar z drugiej strony, czyli cos jak dominikana:



w barze mieszkalismy u dragana zwanego dragonem, ktory spiewal 8 oktawami (ja tego, rzecz jasna, nie umiem stwierdzic, ale faktem jest, ze brzmial jak rasowy spiewak operowy) nam na strychu swojego opustoszalego domu i pokazywal zrobione przez siebie skraby. lekko zadrzelismy, gdy jednym ze skarbow okazal sie wielki topor. w ogole bylo troche stasznie - lekko stukniety dragon, za oknem burza, za sciana topor.



wiec pojechalismy w glab ladu, nad jezioro szkoderskie. cos jak biebrza.



oczywiscie, gdyby nie gory.



dotarlismy tez do podgoricy, ktora na stolice nie wyglada zupelnie, co widac ponizej:



a teraz zmierzamy w strone chorwacji i wenecji:-)
piątek, 15 września 2006
spia, jedza i czekaja turista

tak mowia o sobie czarnogorcy:-)

dotarlismy do kotoru, przeslicznego miasteczka nad zatoka otoczona gorami. wczesniej bylismy w dubrovniku, ale przegonily nas skandalicznie wysokie ceny i tlumy turystow. ledwie znalezlismy sie za granica (oznaczona wielkimi tablicamy unii europejskiej - bylo to oznaczenie jakiegos programu modernizacyjnego, ale wygladalo zupelnie tak, jakbysmy wjezdzali do niemiec. oni w ogole lubia sie poszywac pod unie - waluta obowiazujaca i jedyna jest euro.)- ludzi niewielu, ceny znosne, a krajobrazy co najmniej tak samo piekne. na sniadanie jemy bulki z ajvarem, kawe, przepyszna. gotowana w kociolku, pijemy w klubie sportu i rekreacji inwalidow...

jutro porzucamy nasza urocza kwatere z ogrodkiem i wyruszamy dalej na wschod, w strone albanii. czarnogora jest miniaturowa, wiec kto wie, czy z rozpedu nie dotrzemy za granice.



zacznijmy od odrobiny kiczu - to widok z naszego tarasu w dubrowniku.





a to przyszly reprezentant chorwacji, noca w dubrowniku



to, jak wszyscy widza, my!



dobrze wykadrowany cruiser w zatoce w kotorze:-)



a to kotor w calej rozciaglosci, ze statkiem wlacznie! strasznie gorzyste te nadadriatyckie kraje, a propos...


poniedziałek, 11 września 2006
nowość nie jest już taka nowa, ale w końcu to wydarzenie, o którym łatwo nie można zapomnieć:-) jusia i hynek, pod ryżowym ostrzałem, najwyraźniej bardzo szczęśliwi:



cała reszta zdjęć ślubno-weselnych jest do obejrzenia na flickerze.

ja mam znów spakowany plecak, andrzej czeka już w krakowie i wyruszamy do chorwacji, czarnogóry i wenecji, gdzie kulturalnie zakończę wakacje na biennale. a potem się zobaczy...




wtorek, 29 sierpnia 2006
dla miłośników klasyki
...klasyka w zieleni.


środa, 23 sierpnia 2006
koksownia
naprawdę nie miałam czego wrzucać na bloga - lało non stop! dziś rozpogodziło się, bo jutro wyjeżdżam:-)

mam parę fotek z essen, do którego wróciłam, żeby obejrzeć red dot museum, czyli muzeum designu, zaprojektowane w jednym z pokopalnianych budynków przez sir Normana. budynek bardzo fajny, Foster się nie namęczył, ale wystawa lekko nie tę. mnóstwo zakurzonych brodzików prysznicowych, z których niektóre pewnie nawet do oferty koło s.a. by się nie zakwalifikowały, kanapy jak z dobrego bawarskiego domu itd. zadarzały się też ładne rzeczy, ale niepokojąco rzadko.

jak się spojrzy na CEO całego przedsięwzięcia, to wiele można zrozumieć.

poszwędałam się więc znów po kopalni,która jest nie-sa-mo-wi-ta.







od niedzieli zaczynają się w essen targi-nie-targi,entry 2006, nie mylic z entry2006:-) można tanio dolecieć germanwings.



na wycieczkę do koksowni należy się stosownie ubrać, nie?

mam jeszcze pare obrazków z dusseldorfu, z tego portu, w którym popisują się różne tuzy architektury. tym razem rzut oka w drugą stronę, i...



jasne, jest i Frank.



trochę z innej beczki - choć temat to równie popularny - niemiecka mama z typowym nosidełkiem. chyba nie jest jednak aż takie wygodne, bo po co pchałaby jeszcze wózek?



na koniec - na życzenie autora - zdjęcie mnie gapiącej się w obiektyw.


poniedziałek, 14 sierpnia 2006
coś dla ślązaków
wczoraj padało tylko jakieś dwie godziny. obudziłam się, mimo niedzieli, wcześnie, bo cztery papugi za ścianą były na nogach już koło 7 i nie dawały mi spać. odbyłam więc słoneczny spacer po duess i nareszcie coś mi się w tym mieście bardzo spodobało! tego czegoś nie mam na zdjęciach, mam natomiast fotki z dusseldorfskiego portu, który też jest czyms w rodzaju architektonicznej wystawki.



w niedzielny poranek ludzi niewiele, bo to głównie są biurowce, ale potem instalował się na nadbrzeżu mały targ rybny (łososie norweskie), więc na drewnianym mostku uchwyciłam paru rodowitych mieszczan.i atak plastikowych marsjan, co widać po prawej.



potem wybrałam się z koleżanką do essen, na rowerową wycieczkę po terenach kopalnianych, które przekształcają się zgodnie z pomysłami rema koolhaasa. czyli w znacznej mierze porastają po prostu zielskiem, ale po części są przerabiane. oczywiście na muzea i biura dizajnersko-architektoniczne.



całość nazywa się zollverein, i polecam ich stronę - zollverein.de, dla tych, którzy interesują się rewitalizacją terenuw industrialnych. naprawdę świetne miejsce.



zbiornik wodny na terenie dawnej koksowni zimą służy za najdłuższe lodowisko europy. 800m, wszystko za friko.



jest też basen, ale nie zrobiłam zdjęć.



najfajniejsze jest to, że wszędzie można sobie wejść, wdrapać się, zajrzeć.
a obok kazuyo sejima zaprojektowała dziurawą kostkę - instytut dizajnu:-)



to tyle...




niedziela, 13 sierpnia 2006
come back

jak mnie nie bylo, to bylam tu:

to jest widok na campus uniwersytetu heinricha heinego. jak wszyscy widza, zabudowania przypominaja zacumowany okret.

a to jest ciag dalszy cyklu "znudzone niemieckie psy". ten, co prawda, moze nie tyle jest znudzony, co zaniepokojony - na jego miejscu tez drzalabym o swoja skore.

pies pochodzi z kolonii, ktora odwiedzilam wczoraj. kolonia jest ladniejsza od duesseldorfu, a najladniejsze sa okolice dworca, co uwazam za swiatowy ewenement. ledwie wysiadziesz z pociagu, a juz widac skrawek slynnej katedry.

calosc niezle prezentuje sie tez z gory, z wiezy katedralnej, na ktora wdrapalam sie z moim niestrudzonym przewodnikiem luisem. najpierw widok, potem luis.

jak sie juz wdrapiesz, to jest imponujaco.po drodze troche mniej, bo schody robione na miare quasimodo oblegaja tlumy dyszacych turystow.

obok katedry jest muzeum, na ktorego dachu mam zamiar wkrotce sie znalezc.

poza tym odwiedzilam z kursowymi kolezankami poddusseldorfska, idylliczna wioske. nudno nieco, ale niebrzydko.

oczywiscie padalo, zreszta w kolonii tez, ale zdjecia robilam w krotkich przerwach miedzy ulewami.

a oto kolezanki, polskie germanistki i koreanska architektka.

na sam koniec- powrot do kolonii i niespodzianka dla pan. w przeciwienstwie do znajomej blogowiczki, ktora zwodzila publicznosc obietnica strip-teasu, ja oferuje niespodziewana nagosc, i to meski ideal. panie i panowie, oto david!

 dzis zwiedzalam essen i port w duesseldorfie, wiec tym razem na nowosci nie bedzie trzeba dlugo czekac :-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13